środa, 16 grudnia 2009
potrzeba
Boli mnie zimne światło niezgaszonych nocy. Każdy kolejny kwant chłodu wygania z głowy oswojone cienie, które dawniej kołysały myśli i szeptały historie do poduszki. Niegdyś rozkosznie rozmruczane pomroczności wściekle syczą. Wyciekają z oczu, uszu, ust i nosa, zalewają twarz, spływają z ramion i kapią na podłogę. Przerażone, zamiast plątać się pod nogami, wpełzają w najdalsze kąty rzeczywistości. Drżą tam biedactwa z zimna i samotności, ale nie chcą wrócić, odkąd nawet sny opanował mdły, jarzeniowy blask obrysowujący kontury normalności.
Potrzebuję
- choć na kilka chwil -
zanurzenia w ciepłej i miękkiej ciemności.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz