piątek, 27 lutego 2009

blaski i cienie


Zupełnie, jakbyś podarował mi marzenia. Rozsypał migoczące senną poświatą iskierki, żeby miękko opadały u moich stóp i rozświetliły ciepłym blaskiem zimne ściany myśli. W takich chwilach nie czuję na ramionach szalu chłodu z delikatnej, mglistej materii smutku. Teraz mogę otulić się marzeniami. Przytulnie tutaj, wśród uderzeń w klawisze, wśród szarpnięć strun.
Kiedy zamknę oczy, poprzez wzburzone powietrze wnikam w głąb umysłu. Dziś nie widzę gnijącego mięsa marnej jakości. Nie czuję odoru rozkładających się trucheł rozszczepionych wersji mnie. Nie brodzę w cuchnących ściekach zużytych pomysłów. Nie potykam się o spleśniałe marzenia. Wśród kalekich myśli nie napotykam na rozpadające się rudery idei.
Dziś krajobraz zamaskowały kryształowe pałace. Ich chłodne posadzki rozpraszają światło, które łagodnie oplata umysł falą barw. Wiem, że mogę doskonale wtopić się w każdą szklaną cegłę. Scalić z promienistą falą muzyki, która rozświetla wszystkie wnętrza. Mogę przeniknąć dowolną barierę i pokonać wszelki opór.
Unikam jednak głębokich piwnic, których mury porasta gęsto wilgotny niepokój. Nie zapuszczam się do pałacowej kuchni, by w kącie, pod stołem nie znaleźć przybitego rzeźnickim nożem drobnego ciałka odległych wspomnień. Na wszelki wypadek nie otwieram okien na najwyższych piętrach. W drobnych pęknięciach futryn może gnieździć się mech pierwotnych lęków. Gdy ktoś nieopatrznie dotknie parapetu, wypełza i wgryza się w pory skóry.
Wolę rozległą salę balową. Wokół kryształowa sterylność i pozorne ciepło.

Zamykam się w idealnym śnie.
Moim pierwszym koszmarze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz