poniedziałek, 30 maja 2011

limes superior


Obrzydliwie ciepło i duszno od nerwowych uderzeń serca. Powietrze wciągnięte do płuc przed chwilą, wczoraj, a może dwa lata temu – przecież nieustannie zapominam o oddychaniu – leniwie faluje, jakby szukało rezonansowej częstotliwości burzy. Na razie wyczuwam powolny rytm niepokoju z tendencją do przyspieszania. Zwiększane sukcesywnie tempo odbija się głuchym tudum od ściany klatki piersiowej.
Rejestruję cały ten informacyjny szum z dużą dozą obojętności. Ot – odpowiedź ciała na niekontrolowany rozrost tkanek. Bo co do tego, że we mnie coś rośnie, nie ma najmniejszych wątpliwości. Nabrzmiewa w środku i pulsuje jak gwiazdy neuronowe rozsypane w zimnych, odległych galaktykach. Tak właśnie czuję tętniącą delikatnie narośl – obco i daleko, a przecież tkwi głęboko we mnie i na dodatek się mną żywi. Twór  zwany powszechnie życiem wewnętrznym. Zwija się do środka, nieustannie nawarstwiając, jakby w kontrze do coraz szybciej rozwijającego się wszechświata. Im na zewnąrz rzadziej i przestronniej, tym we mnie gęściej i ciaśniej. Co za megalomańska prawidłowość! Ludzki byt, który próbuje stanowić równowagę dla całego świata. "Przekonanie o własnej ważności doprowadziło mnie do kompleksu Boga". A tymczasem w środku namnażają się wciąż te same pomysły i idee. Uruchomiłam proces najszybszego zapełnienia pustki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz